Zatrzymał samochód pod jej blokiem i wyłączył silnik. Deszcz właśnie zaczął kropić, a latarnie rzucały żółte kręgi na mokrą jezdnię. Odpięła pas i sięgnęła po torbę. Uśmiechnęła się do niego ciepło, ale bez tego błysku, którego się spodziewał. – Dzięki wielkie za podwiezienie – powiedziała. – Naprawdę mi pomogłeś. Skinął głową, czekając. Minęła sekunda, potem druga. Otworzyła drzwi, wysiadła i nachyliła się jeszcze raz. – Trzymaj się. Napisz, jak będziesz chciał. Drzwi zamknęły się z cichym stuknięciem. Siedział jeszcze chwilę, patrząc, jak wchodzi do klatki. Żadnego „wejdź na chwilę”, żadnego „może herbata”, żadnego nawet wahania. Po prostu podziękowanie i koniec. Wjechał na luz i ruszył do domu z dziwnym, ciężkim uczuciem w żołądku. Następnego dnia napisał do niej. Nie oskarżycielsko, tylko prosto: „Wczoraj trochę mnie zaskoczyło, że nie zaprosiłaś mnie nawet na chwilę. Myślałem, że coś między nami iskrzy.” Odpowiedź przyszła po godzinie. Ale to nie znaczy, że automatycznie zapraszam kogoś do domu. Podwiezienie to podwiezienie. Nie chciałam, żebyś odebrał to inaczej. Umówili się na kawę. Siedzieli przy małym stoliku w kawiarni, oboje trochę spięci na początku. Marek odezwał się pierwszy. – Nie chodzi o to, że czułem się jakoś szczególnie uprawniony – powiedział. – Raczej o to, że przez cały wieczór było nam dobrze, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, a na końcu jakby nagle zapadła kurtyna. Poczułem się… odstawiony. Potrząsnęła głową, ale bez złości. – Rozumiem, że tak to odebrałeś. I właśnie dlatego wolę mówić wprost. Ja bardzo lubię twoje towarzystwo. Lubię, jak rozmawiamy. Ale zaproszenie do domu to dla mnie kolejny krok, nie automatyczna kontynuacja wieczoru. Nie dlatego, że coś jest nie tak z tobą. Tylko dlatego, że ja tak mam. Potrzebuję czasu i jasności, a nie domyślania się, czy ktoś czegoś ode mnie oczekuje. Patrzył w filiżankę. Po chwili przyznał: – Chyba sam sobie dopowiedziałem resztę. Uznałem, że skoro jest chemia, to naturalne będzie, że zaprosisz. A ty po prostu potraktowałaś podwiezienie jako podwiezienie. Bez ukrytych znaczeń. – Dokładnie – odparła. – I nie dlatego, że nie chcę cię bliżej poznać. Chcę. Ale na swoich warunkach. Bez domyślania się i bez poczucia, że komuś coś „zalegam”, bo był miły i mnie podwiózł. Rozmowa potoczyła się dalej spokojniej. Opowiedział, że w poprzednich sytuacjach często bywało inaczej – że podwiezienie kończyło się wejściem na górę, czasem nawet bez większej rozmowy. Że przyzwyczaił się do pewnego scenariusza i automatycznie go oczekiwał. Słuchała uważnie, a potem powiedziała, że właśnie dlatego woli jasne granice. Że woli kogoś rozczarować na początku, niż potem tłumaczyć się z czegoś, na co nie była gotowa. – To nie jest odrzucenie ciebie – dodała. – To jest szacunek do siebie. I w sumie też do ciebie. Bo nie chcę, żebyś dostawał sygnały, których nie ma. Skinął głową. Czuł, jak wcześniejsze rozczarowanie powoli ustępuje miejsca czemuś innemu – zrozumieniu. Przyznał, że sam często czytał między wierszami rzeczy, których tam nie było. Że wygodniej było założyć, niż zapytać. Uśmiechnęła się lekko i powiedziała, że właśnie dlatego woli rozmawiać wprost, nawet jeśli czasem jest niezręcznie. Wyszli z kawiarni razem. Na chodniku zatrzymała się i spojrzała na niego. – Jak będziesz chciał, możemy się znowu zobaczyć. Bez domyślania się, co powinno być dalej. Po prostu zobaczyć. Odparł, że chce. I że tym razem nie będzie już zakładał nic z góry. Pożegnali się bez niezręczności. On poszedł w jedną stronę, ona w drugą. W drodze do domu myślał o tym, jak łatwo jest dopisać komuś intencje, których ta osoba nie miała. I jak bardzo różni się prawdziwa rozmowa od milczącego oczekiwania, że ktoś zgadnie, czego chcemy. Podwiózł ją, a ona nie zaprosiła. I właśnie dlatego mogli w końcu ze sobą szczerze pogadać.